Tokeny osobiste – czy mają w ogóle sens?

Przez
Jan Rybski
-
20 min czytania
sens tokenów osobistych

Tak, jak i w poprzednim moim wpisie poświęconym tokenom osobistym, tak i tutaj, zarówno pytanie postawione w tytule tego wpisu, jak i rozważania problemu tokenów osobistych będące próbą odpowiedzi na to pytanie, stawiam i dokonuję z punktu widzenia interesu inwestora, bo bez jego uwzględniania cała ta tokenizacja nie ma w ogóle sensu...

Spis treści:

  • Tokenizacja marki osobistej – czy ma ona sens?
  • Co kryje się pod tokenizacją marki osobistej?
  • Tokenizacja marki osobistej z ekonomicznego punktu widzenia
  • Co powinniśmy tokenizować?
  • O co powinny być oparte procesy tokenizacji? 

Tokenizacja marki osobistej – czy ma ona sens?

Poprzedni mój wpis na temat tokenów osobistych dotyczył projektu Sapiency i obranej tam drogi tokenizacji czegoś, co kompletnie nieopisane w kategoriach ekonomicznych (nie należy tutaj mylić ekonomii z marketingiem) nazywa się „marka osobista”. Bez kategoryzacji ekonomicznej pojęcia „marka osobista” oraz bez doboru i zastosowania odpowiednich kryteriów wartościujących, tokenizacja „marki osobistej” będzie niczym więcej, jak tokenizacją własnego „ego” emitenta tokenów, ego napędzanego często próżnością i tupetem – zwanym dzisiaj dla niepoznaki „asertywnością”    przykrywającymi równie często skrywającą się za nimi miałkość etyczno-merytoryczną – a to raczej kiepskie przesłanki do angażowania swoich pieniędzy. Odnoszę przy tym nieodparte wrażenie, że im to ego jest większe, tym „marka osobista” wydaje się światu zewnętrznemu bardziej atrakcyjna. Ot, w takim to świecie żyjemy. Lecz nader często wychodzi na jaw, że „król jest (jednak) nagi”. Ostatnio ujawniony przez media  upadek społeczno-moralny, a i pewnie finansowy, niegdysiejszego luminarza polskiego dziennikarstwa telewizyjnego pokazuje z całą dobitnością, że za wybujałym ponad miarę ego narcyza często kryje się pustka merytoryczna i mizera moralna. Postawienie swoich pieniędzy na takiego „konia” oznaczałoby niechybnie totalne rozczarowanie i taką samą stratę. To bardzo aktualna w Polsce przestroga dla wszystkich fanów tokenów osobistych emitowanych na bazie „marki osobistej”. 

Podobną przestrogą mógłby być  przypadek „upadku” aktora Kevina Spacey, głównego bohatera serialu „House of Cards” i niegdysiejszej gwiazdy reklamowej banku WBK BZ. Przykłady na podobny „zmierzch bogów” są liczne i można by tu zapewne przytoczyć ich jeszcze wiele, ale nie o to tutaj chodzi, bowiem już tylko te dwa pokazują wystarczająco dobitnie, na jak "pstrego" konia stawialiby inwestorzy, gdyby wyżej wymienieni stokenizowali swoją jakże silną, wydawałoby się pozornie, „markę osobistą”, a ich fani jej zaufali. Jeżeli bowiem, jak chce wielu ekspertów brandingu personalnego, za podstawę silnej marki osobistej służy zaufanie, to także przykład luminarza gospodarki XXI wieku, Elona Musk’a,  pokazuje z całą wyrazistością, na jakich glinianych nogach stoją procesy tokenizacji marek osobistych, jeżeli rzeczywiście tak miałoby być. Rozczarowanie inwestorów i samą osobą (vide jego sławetne procesy z pracownikami i współzałożycielami firmy oraz wywiady z „trawką” w ustach, po których akcje traciły na giełdzie niekiedy powyżej pięciu procent w ciągu jednego dnia), jak i jego produktami, które pochłaniając miliardy dolarów, zapewniają użytkownikom wątpliwy komfort pokonywania trasy z Paryża do Monachium w ciągu 48 godzin, połączony z 12 godzinnymi kolejkami do „tankowania”, czy też przeciągającym się na „święty nigdy” okresem oczekiwania na zapłacony z góry samochód,  pokazuje, że budowanie nowej gospodarki, a taką jest gospodarka tokenowa, bez solidnych podstaw ekonomicznych, to droga donikąd. „Ufaj, ale kontroluj” – ta wypowiedź klasyka myśli socjalistycznej nic nie traci i dzisiaj na swej aktualności.  

Co kryje się pod tokenizacją marki osobistej?

Bo co tak de facto tokenizujemy, tokenizując „markę osobistą”?… Iluzję roztaczaną przed odbiorcami ze świata zewnętrznego, nazywaną wizerunkiem. Powiedzenie „jak cię widzą, tak cię piszą”, zawsze w Polsce aktualne, nabiera szczególnie dzisiaj, w świecie zwanym często „targowiskiem próżności”, niezmiernie na znaczeniu. Ale na  jego przeciwnym biegunie stoi pragmatyczne i krytyczne powiedzenie niemieckie „mehr Schein als Sein”, które ja tłumaczę "na polski" jako „przerost formy nad treścią”, co samo w sobie brzmi jak cicha przestroga przed pokusą ulegania iluzji, czarowi i ułudzie.  

Bo czy iluzję da się skategoryzować ekonomicznie? - No nie. Ponadto warto postawić sobie tutaj pytanie zasadnicze, z punktu widzenia inwestora: po co ktoś, kto odnosi sukces i tego sukcesu jest pewien, bo w tym, co robi, jest  naprawdę dobry, miałby oddawać część swojej suwerenności i wolnej woli w obce ręce za jakieś tam relatywnie marne grosze, wypłacane mu z góry i jednorazowo, jednocześnie obarczając się (jeśli podchodziłby do siebie i swych fanów na serio) konsekwencjami jakiegoś długoterminowego zobowiązania, czymkolwiek by ono nie było? Bo co wtedy z tokenami i związanymi z nimi uprawnieniami, gdyby na przykład miałby on, jako ich emitent, nagle ochotę odpocząć sobie „dłuższą chwilę” i nic nie robić (z uwagi np. na syndrom wypalenia, "sprzedawany" na zewnątrz opinii publicznej jako potrzeba ucięcia sobie „pauzy kreatywnej”), a dotychczasowy sukces zawodowy na komfort długoterminowego „dolce farniente” by mu pozwalał; lub gdyby uległ on wypadkowi, uniemożliwiającemu mu dalsze funkcjonowanie zawodowo-społeczne, w dawnym stylu i formie?…  

Z punktu widzenia inwestora trzeba postawić sobie też pytanie, jak długo gwiazda „mojego bohatera” będzie świecić, przynosząc mu, no i poniekąd zatem mnie, jako „udziałowcowi” jego „marki osobistej”, jakiekolwiek korzyści?… A co się stanie, jak z takich czy innych względów „wypadnie on z obiegu” i przysłowiowy telefon nagle przestanie do niego dzwonić?...  

Wszystkie powyższe pytania odnośnie tokenizacji „marki osobistej” pozostawiam czytelnikowi bez odpowiedzi, poddając je jego rozwadze i rozsądkowi.  

Tokenizacja marki osobistej z ekonomicznego punktu widzenia

Jeśli jednak można pozwolić sobie w tym miejscu na osobistą refleksję, to moja opinia na temat  tokenizacja „marki osobistej” jest taka, że jest to przedsięwzięcie ekonomicznie chybione i nastawione na wywołanie efektu marketingowo-medialnego przynoszącego chwilowe zainteresowanie reprezentantowi in corpora tokenizowanej „marki”. Jemu samemu może dać ona jakieś tam szybkie pieniądze (których być może, wbrew roztaczanej wokół siebie aury bogactwa i dobrobytu, w danej chwili pilnie potrzebuje), a jego fanom-inwestorom chwilowe samozadowolenie związane z zaspokojeniem dążenia do „bycia razem z nim”; ze swoistego „zespolenia się” ze swoim idolem. Biznesu tutaj dla inwestorów nie za bardzo widać – o czym było też w poprzednim moim wpisie na ten temat. To raczej swoisty „Big Brother” procesów tokenizacji, a nie poważne przedsięwzięcie gospodarki tokenowej kreujące jej wartość dodaną i wzmacniające tym samym jej pozycję w świecie społeczno-gospodarczym.

W poprzednim wpisie przypomniałem, że tokenizacja to proces przede wszystkim ekonomiczny, a więc gospodarczy, a dopiero później technologiczny. Tylko takie ustawienie priorytetów pozwala  na wykorzystanie całego potencjału, jaki drzemie w rodzącej się, w mniejszych lub większych bólach (w zależności w dużej mierze od jurysdykcji danego kraju), gospodarce tokenowej. Takie ustawienie priorytetów nadaje też od samego początku pewien „kręgosłup” tokenizowanym projektom oferowanym na rynku. Pożądaną przewagę treści nad formą. Nie postawienie w procesach tokenizacji na aspekt ekonomiczny, ba, wręcz jego zlekceważenie, i to de facto przez obie strony  procesów tokenizacji, było główną przyczyną wysypu tzw. scamów w latach 2017-2018 a przez nie zepchnięcia tokenów, jako takich, do narożnika, w którym poddane zostały one gradowi ciosów surowej krytyki, często niestety uzasadnionej, co groziło przysłowiowym wylaniem dziecka z kąpielą.  Istnieje jednak uzasadniona obawa, że po tym okresie „błędów i wypaczeń” podobnie może się stać i teraz gdy tokeny osobiste – swoiste wydmuszki nadymane ego (i doraźnymi potrzebami) swych emitentów i poddane kaprysom szeroko rozumianego rynku czasu wolnego (m.in. sportu, muzyki, filmu, ostatnio social mediów), na którym rządzą przede wszystkim emocje – stają się zjawiskiem coraz powszechniejszym, co niesie według mnie ze sobą niebezpieczeństwo zamieceniem całej genialnej w istocie rzeczy idei tokenizacji procesów gospodarczych do kosza. 

Aby tak się nie stało, należy przede wszystkim i czym prędzej, jako quasi przeciwwagę, popularyzować i upowszechniać tokeny i procesy tokenizacji oparte o realne aktywa, rozumiane jako kategoria ekonomiczna. Być może należałoby się pokusić także o próbę wyraźnego zróżnicowania nomenklaturowego tokenów osobistych, monetaryzujących i upłynniających bardziej czy mniej chwilowy sukces osobisty emitenta, od tych mających swe korzenie w realnej ekonomii tokenów upłynniających definiowalne aktywa o relatywnie łatwej do określenia wartości godziwej. 

Należy mieć zatem nadzieję, że branża technologii godnych zaufania ( blockchain’owych i rozproszonych rejestrów), nauczona doświadczeniem płynącym z niekontrolowanych de facto przez nikogo procesów związanych z emisjami ICO, w porę dostrzeże niebezpieczeństwa, jakie niesie dla niej popularyzacja tokenów opartych na iluzji i własnym ego emitentów, wspieranych przy tym chętnie i licznie przez podmioty wietrzące w tym niezły interes przy zerowej odpowiedzialności wobec inwestorów, i sama podejmie właściwe kroki organizacyjno-prawne celem wczesnego zapobieżenia czyhającemu za rogiem, acz widocznemu „jak na dłoni i gołym okiem”, niebezpieczeństwu stania się niechcący niewinną ofiarą paru cwaniaków. „Schaden Freude ist die beste Freude” - nic nie cieszy tak bardzo, jak niepowodzenie drugiego, a na niepowodzenie branży tokenowej liczy wielu zaciekłych protagonistów odchodzącego niechybnie w zapomnienie świata ekonomii opartej o akcje-wydmuszki i pozbawione jakiejkolwiek wartości waluty fiat.       

Co powinniśmy tokenizować?

Wracając jednak do tematu przewodniego tego posta, tj. do tokenów osobistych w kontekście tego, co i jak tokenizować, posłużę się tutaj pewną dygresją-metaforą. W języku polskim jest takie powiedzenie, że każda pliszka swój ogon chwali, czyli, transponując to powiedzenie do tematyki tego posta, dba o swoją markę osobistą. Ale ona, czyli pliszka, czyni to tylko pozornie. Byłoby tak bowiem, gdyby czyniła to na przykład celem zalotów, czyli w celach matrymonialnych. Jednak nie to jest sensem tego wymachiwania ogonkiem przez pliszkę, które my odbieramy jako chwalenie się nim. Wymachiwanie to pełni bowiem w życiu pliszki bardzo istotną dla niej funkcję życiową, a mianowicie pliszka nagania w ten sposób sobie skrywające się w źdźbłach trawy muszki  i inne owady, którymi się odżywia. Zatem możemy założyć, że czym bardziej pliszka ogonkiem swym wymachuje, tym więcej muszek złapie i tym lepiej jest odżywiona. Ale czy zatem od samego wymachiwania ogonkiem „wartość” pliszki rośnie? Otóż nie. To machanie musi bowiem powodować jeszcze wymierny efekt wyrażony np. w ilości złapanych muszek (co byłoby tutaj swoistą wartością dodaną tego wymachiwania). Samo wymachiwanie ogonkiem jest zatem jak mieszanie herbaty w szklance, od którego nie będzie ona słodsza.  

Przykład naszej pliszki pokazuje, że tokenizować powinniśmy efekty tego chwalenia się ogonkiem, a nie same chwalenie się. Iluż jest popularnych medialnie celebrytów, którzy popularność swą zawdzięczają li tylko temu, że dobrze wypadają na tzw. „ściankach” (występując tam nota bene często w wypożyczonym out-fit’cie), a nie konkretnym dokonaniom i osiągnięciom zawodowym (syndrom osób znanych z tego, że są znani)? Czym są lub powinny być, efekty tego machania ogonkiem, czyli występów „na ściance”? No właśnie, wymiernymi aktywami: np. 2 machnięcia = 10 złapanych muszek, czyli 2x na „ściance” = 1 kontrakt na rolę w serialu.

Tak zatem, jak „marka osobista” w sensie ekonomicznym jest iluzją, tak przynoszone przy jej „użyciu” efekty już nie. Są bowiem konkretem o określonej wymiernej wartości. Ale ponieważ wszystko zmiennym jest, to i osiąganie korzyści wynikających z posiadania tokenów osobistych opartych o mające zaistnieć efekty „machania ogonkiem” jej emitenta może być wysoce iluzoryczne. Dzisiaj nasz celebryta może „machnąć” tylko raz i otrzymać fantastyczny kontrakt, ale już jutro może zamachać się „na śmierć” – i nic, zero wymierzalnych efektów = spadek popularności = depresja zawodowa = odejście w niebyt medialny = zero występów na ściance = zerowa wartość jego tokenów.

Zdajemy sobie zatem już sprawę, że tokenizacja „marki osobistej”, jako „dobra” samego w sobie w sensie ekonomicznym bezwartościowego (bo „znany” nie znaczy zawsze „wartościowy”), to dla inwestorów droga donikąd, natomiast tokenizacja efektów, jakie przynieść może użycie „dobrej” marki osobistej, daje tokenom wymaganą wartość ekonomiczną. Tak jednak, jak cofając się w czasie, można ją określić na podstawie osiągniętych efektów, tak już jej predykcja obciążona jest dużym ryzykiem, szczególnie gdy do czynienia mielibyśmy z tokenami osób popularnych, wykonujących tzw. wolne zawody: artystami, influencerami, sportowcami itp., czyli osobami, których możliwość wykonywania zawodu i osiągania z tego tytułu określonych korzyści obciążona jest wieloma czynnikami ryzyka, na które po części nie mają one żadnego wpływu.  

O co powinny być oparte procesy tokenizacji?

Biorąc powyższe spostrzeżenia pod uwagę, należy podkreślić, że wszystkie procesy tokenizacji, bez względu na osobę emitenta, to znaczy obojętnie, czy jest to osoba fizyczna, czy też prawna (czyli mająca osobowość prawną), powinny znajdować swe oparcie o aktywa, czy to materialne, czy też niematerialne, czyli o wartości, które można ekonomicznie skategoryzować i sklasyfikować oraz „wywartościować” - czyli przypisać im określoną wartość: obiektywną, tj. powszechnie uznaną i akceptowalną, lub subiektywną, tj. uznawaną i akceptowaną przez określoną grupę odbiorców/ użytkowników/ inwestorów.  

Jak więc widać, także a może szczególnie w przypadku tokenów osobistych czynnik czasu odgrywa istotną rolę w procesie kształtowania wartości aktywów, o które mają się one opierać. Wartość aktywów należy natomiast oprzeć o to, co miało już miejsce (w życiu ich emitenta) do momentu rozpoczęcia procesu tokenizacji oraz o predykcję wydarzeń przyszłych mogących wartość tą kształtować lub mogących mieć istotny wpływ na jej kształtowanie. Przy czym w obu przypadkach należy uwzględnić czynniki „wewnętrzne”, zależne od emitenta i czynniki „zewnętrzne”, na które nie ma on bezpośrednio wpływu.

Predykcja wydarzeń przyszłych jest niezmiernie ważna dla określenia wartości godziwej aktywów podlegających tokenizacji. Tyle tylko, że w przypadku tokenów osobistych horyzont czasowy dla określenia wartości godziwej jest dość ograniczony m.in. z przyczyn podanych powyżej. Predykcja ta, na przykład, leży w znakomitej opozycji do określenia wartości godziwej rzadkiego dzieła  sztuki, gdzie w procesie jej estymacji opieramy się o rozwój cen na rynku sztuki na podobne dzieła do momentu rozpoczęcia jego tokenizacji. Ponadto bierzemy pod uwagę obecną sytuację na rynku sztuki w kontekście ogólnej sytuacji rynkowej oraz prognozujemy, w oparciu o oba te czynniki, tę wartość, przy czym wydłużanie horyzontu czasowego dla tej predykcji wartości ma akurat korzystny wpływ na określenie wartości godziwej tokenizowanego dzieła, zgodnie z syndromem kształtowania się cen rynkowych na dobra rzadkie i mało dostępne. 

Trzymając się powyższych spostrzeżeń, należałoby w przypadku emisji „tokenów osobistych”, których emitentami są osoby fizyczne (a może szerzej – osoby niebędące osobą prawną), dokonać wyraźnego podziału procesów tokenizacji na procesy związane z emisją tokenów (rozumianych jako coin’y - żetony) w oparciu o „markę osobistą” - ICOs;  oraz na procesy związane z emisją tokenów opartych o aktywa materialne lub niematerialne należące do emitenta, które należałoby konsekwentnie nazywać „asset-backed-tokens” a ich emisje – ATOs, których nie należy mylić z „security-tokens-offering” - STOs, czyli emisjami tokenów rozumianych powszechnie (acz według mnie falszywie - o czym już było na tym blogu i jeszcze będzie) jako reprezentujące prawo do bycia wymienionymi na udziały (akcje) emitenta będącego osobą prawną. To bardzo ważne rozróżnienie pomiędzy ATO i STO niesie ze sobą bardzo poważne konsekwencje prawne odnośnie tzw. compliance procesów tokenizacji, czyli ich zgodności z prawem obowiązującym w kraju siedziby emitenta. Ale nie miejsce tutaj w tym wpisie na rozważanie tych kwestii.

Warto jednak w tym miejscu przyjrzeć się podziałowi „asset-backed-tokens”, tokenów opartych o aktywa. I tutaj pojawia się od razu zasadnicza uwaga wstępna:

W przeciwieństwie do tokenów natywnych, zwanych także tokenami płatniczymi, które jako digitalne prawa materialne w zależności od ich rozpowszechnienia i infrastruktury technologicznej nadają się jako środki płatnicze i gdzie ich emitent nie ma wobec inwestorów żadnych zobowiązań odnośnie świadczenia zwrotnego (w formie zapłaty lub usługi), tokeny emitowane w oparciu o aktywa reprezentują sobą wobec emitenta prawa mogące mieć swój wyraz pieniężny (np. prawo do udziału w podziale dywidendy, lub do części zysku jednostkowego ze sprzedaży danego towaru); czy też prawo do określonego świadczenia niepieniężnego, mającego jednak określoną wartość pieniężną (np. prawo do nabycia towaru lub usługi za określoną z góry ceną, np. przewidywalnie niższą od ceny rynkowej, lub np. prawo do dysponowania określonym wolumenem czasu aktora, lub sportowca celem np. nakręcenia spotu reklamowego dla potrzeb własnej firmy - w przypadku tokena osobistego opartego o wartość aktywów reprezentowanych przez goodwill w postaci wartości marketingowej, lub też np. prawo do darmowych dni pobytowych w hotelu, którego budowa finansowana jest na drodze tokenizacji aktywów spółki projektowej, itp. itd.). 

Tokeny, które dotychczas pojawiły się na rynku, reprezentujące sobą określono  prawa, można zatem zasadniczo podzielić na trzy kategorie:

1. Tokeny pożyczkowe: to tokeny, które reprezentują sobą prawne, lub faktyczne zobowiązanie emitenta do zwrotu całości lub istotnej części kapitału inwestycyjnego wpłaconego przez inwestorów, a także  ewentualnie do wypłaty odsetek.

2. Tokeny inwestycyjne: tokeny te nie przewidują zobowiązania emitenta do zwrotu inwestorom zainwestowanego w nie kapitału. Roszczenie inwestora związane jest z wypłatą świadczenia pieniężnego, stojącego w określonej proporcji do zysku i/lub do kwoty do podziału po likwidacji (sprzedaży lub zamknięciu-zakończeniu) projektu.

3. Tokeny partycypacyjne (udziałowe): podobnie jak w przypadku tokena inwestycyjnego, także token partycypacyjny nie przewiduje zobowiązania emitenta do zwrotu inwestorom zainwestowanego w nie kapitału. Roszczenie inwestora związane jest z wypłatą proporcjonalnego udziału w określonych przychodach emitenta (np. w EBIT, wpływach z licencji, w przychodach od sprzedanej jednostki towaru lub usługi etc.).

Z uwagi na swobodę w kształtowaniu zakresu praw reprezentowanych przez tokeny, możliwe jest występowanie form mieszanych tokenów, np. token pożyczkowy może być jednocześnie także i tokenem inwestycyjnym, np. token związany z projektem deweloperskim, przewidujący zarówno zwrot zainwestowanego przez inwestora kapitału, jak i proporcjonalny udział inwestora w kwocie do podziału pozostałej po sprzedaży np. wszystkich mieszkań, których budowę obejmował projekt, i po likwidacji spółki projektowej; a token  inwestycyjny może być jednocześnie także tokenem partycypacyjnym, zapewniając inwestorom przychody zarówno z wypłaty przypadającej na token części dywidendy, jak i w formie wypłaty ustalonej z góry, stałej kwoty od sprzedaży jednostkowej, skalkulowanej w takim przypadku jako koszt uzyskania przychodu.  Warto w tym miejscu nadmienić, że także tokeny oparte o aktywa mogą reprezentować sobą, poza innymi, prawo dostępu do aktualnej, lub przyszłej usługi lub produktu emitenta, pełniąc tym samym po części funkcję tokena użytkowego.  

Jeśli przyjmiemy teraz założenie, że tokeny osobiste dzielić będziemy stricte na coin’y związane z „marką osobistą” oraz na tokeny, które oparte będą nie na fantasmagorii, czy chwilowym mirażu, którym epatuje emitent,  tylko na określonych wymiernych wartościach, czyli aktywach przezeń reprezentowanych, którym do tego jeszcze można przypisać określoną wartość godziwą, to nasuwają się tutaj uzasadnione wątpliwości, czy w odniesieniu do emitentów, którzy nie są osobami prawnymi, jest to w ogóle możliwe, biorąc przy tym pod uwagę bezpieczeństwo inwestora odnośnie zainwestowanego kapitału i wyegzekwowania praw przez token taki reprezentowanych. Ponadto pojawia się pytanie, czy tokeny osobiste mają w ogóle sens, jeśli prawie wszelkie rodzaje aktywności ludzkiej można „ubrać” w formę organizacyjną osoby prawnej, przede wszystkim spółki z ograniczoną odpowiedzialnością? Pytaniem zahaczającym  o sferę etyczną jest natomiast pytanie, czy z człowieka powinno się robić spółkę z o. o.? Co innego jest bowiem prowadzenie działalności gospodarczej w swoim i mieniu, na swój rachunek i ryzyko, także wtedy, gdy kapitał startowy na jej uruchomienie pożyczyło się od rodziny czy przyjaciół; a czym innym jest robienie z siebie głównego udziałowca siebie samego i wciągnięcie w ryzyko własnego osobistego niepowodzenia, jako inwestorów, obcych sobie, czasem naiwnych i łatwowiernych, „fanów”. Czy postanowienia art. 919 kodeksu cywilnego (odnośnie przyrzeczenia publicznego) coś tutaj zmieniają lub pomagają wzmocnić ich pozycję, jako inwestorów, w przypadku niemożności (obojętnie, czy zawinionej, czy nie) wywiązania się emitenta z jego zobowiązań wobec nich? A co dzieje się w przypadku wypadku czy nagłej śmierci ich emitenta – jako ochrona prawna przysługuje w takim przypadku posiadaczom jego tokenów?… Czy zobowiązanie emitenta wobec posiadaczy tokenów osobistych przechodzi na jego spadkobierców? Pytań wiele - odpowiedzi (na razie) brak...

Jak widać, wszystkie postawione w tym wpisie pytania rodzą wątpliwości, a wątpliwości te prowadzą do rozważań podważających sensowność inwestowania w tokeny osobiste. Czy jest więc na nie w ogóle miejsce na rynku i jak należy w przypadku ich emisji postępować, aby nie nadwyrężyły one wiarygodności całej rodzącej się dopiero co gospodarki tokenowej – a tym będzie w jednym z następnych wpisów w oparciu o konkretne przykłady...     

Oceń post

Twój głos został już dodany.
Ocena: 5 z 5
Liczba ocen: 1
Komentarze
Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych na zasadach określonych w polityce prywatności oraz polityce cookies. Jeśli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie cookies we wskazanych w niej celach, w tym do profilowania, prosimy o wyłącznie cookies w przeglądarce lub opuszczenie serwisu. Więcej Akceptuję